Wołyń, AK i UPA. Dlaczego spór o historię z Ukrainą jest tak trudny?
W rozmowie na kanale Marcina Strzyżewskiego opowiadam o tym, dlaczego polsko-ukraiński spór o przeszłość, choć dotyczy w zasadzie wyłącznie lat 1939-1947, budzi tak ogromne emocje. Wyjaśniam strukturalną różnicę między Armią Krajową a UPA, dlaczego antypolską akcję UPA nazywam ludobójstwem, i jak współczesny "prezentyzm" sprawia, że przeszłość przeżywamy jako część teraźniejszości.
Zaczynam od obserwacji, że profesjonalni historycy z Polski i Ukrainy w większości kwestii dotyczących wspólnej przeszłości, od czasów Mieszka I i relacji z Rusią aż po wiek XX, wypracowali zbieżne stanowiska. Jedyną cezurą generującą zasadnicze różnice są lata 1939-1947, ze szczególnym uwzględnieniem antypolskiej akcji UPA. Problem w tym, że współczesna pamięć jest zdominowana przez paradygmat narodowy: wydarzenia sprzed dekad przeżywamy personalnie, niemal jako część własnej biografii. Kluczowe jest dla mnie rozróżnienie strukturalne. Armia Krajowa była regularną częścią Polskich Sił Zbrojnych podległych rządowi w Londynie, przedłużeniem państwowości. UPA była "bojówką partyjną" konkretnego ugrupowania nacjonalistycznego, która dążyła do państwa, ale nigdy nie uzyskała legitymacji ani struktur państwowych. Dlatego dzisiejsze upamiętnianie UPA przez Kijów odczytuję jako bolesny dla Polski sygnał polityczny.
W sprawie Wołynia odwołuję się do definicji ludobójstwa Rafała Lemkina: decyduje udokumentowana intencja zniszczenia grupy narodowej, a raporty cichociemnych przenikających do UPA, cytowane przez prof. Grzegorza Motykę, potwierdzają planowy charakter czystek. Krytykuję próby symetryzowania tych wydarzeń przez historyków takich jak Wołodymyr Wiatrowycz, który przedstawia Wołyń jako równoprawną wojnę dwóch stron, czy Bohdan Hud, interpretujący je jako spontaniczne "powstanie ludowe". Rozróżniam zbrodnię zaplanowaną, jak akcja UPA, od zbrodni odwetowej. Przywołuję badania prof. Ihora Hałagidy dokumentujące ofiary wśród ukraińskiej ludności cywilnej w wyniku odwetów AK. Akcję Wisła klasyfikuję jednoznacznie jako zbrodnię komunistyczną: w dokumencie gen. Stefana Mossora pierwotnie użyto sformułowania o "ostatecznym rozwiązaniu kwestii ukraińskiej".
Odrzucam też tezę o "polskiej kolonizacji" ziem ukraińskich. Opierając się na badaniach prof. Natalii Starczenko, autorki "Ukraińskich światów Rzeczypospolitej", pokazuję, że I Rzeczpospolita była wspólnym państwem Rusinów i Polaków: na polskim tronie zasiadali królowie o rusińskich korzeniach, jak Michał Korybut Wiśniowiecki, a język ruski pełnił funkcję urzędową. Na koniec wprowadzam pojęcie "prezentyzmu kulturowego": po 1989 roku straciliśmy wizję przyszłości, co wciągnęło przeszłość do teraźniejszości. Historia przestała być akademicką analizą, a stała się "opowieścią przy ognisku", paliwem bieżącej polityki. Mit UPA jest dziś używany jako paliwo w oporze wobec Rosji, z pominięciem jego antypolskiego charakteru. Ostrzegam przed "przedawkowaniem historii", parafrazując Nietzschego, bo uniemożliwia ono narodom budowanie relacji opartych na aktualnych potrzebach bezpieczeństwa.